Róża dla Eklezjastesa to zbiór opowiadań wydanych w 1971 roku. Chciałbym podzielić się wrażeniami po jej przeczytaniu. Wszystkich, którzy zetknęli się już wcześniej z twórczością Rogera Zelaznego chyba nie potrzebuję do niej namawiać, pozostałych zaś z wielkim entuzjazmem pragnę zachęcić do zapoznania się z tą pozycją, lub choćby częścią tego wspaniałego tomu. Przyznam, że sam prawdopodobnie nigdy nie wziąłbym tej książki do ręki, gdyby nie pewien przypadek.

Wszystko zaczęło się pewnego letniego dnia, kiedy to leżąc w szpitalu i słuchając debat jakie toczyły się wokół mnie, a dokładnie na temat mojego zdrowia i warunków, w których przebywam, jakaś część mojego zmęczonego umysłu zapragnęła wolności, oderwania się od szarej rzeczywistości zamkniętej w czterech ścianach wysterylizowanego pomieszczenia, w którym leżałem. To było to czego pragnąłem, niczym nie zahamowana wolność, powietrze, słońce, woda. Całe moje jestestwo drżało skulone w szpitalnym łóżku mąk. Nagle gwiazda, czy może raczej słońce oświeciło mój umysł i poprosiłem brata o wypożyczenie z biblioteki „obojętnie jakich książek fantasy, których do tej pory nie czytałem.” Jako, że leżałem w szpitalu przyszpilony do łoża igłą z kroplówką, ze strony brata nie było żadnych oporów w wypełnieniu mojej prośby. W taki oto sposób dostałem pierwsze lepsze książki sci-fi oraz fantasy, po które prawdopodobnie nigdy bym nie sięgnął. Wśród nich znajdowała się m.in. „Róża dla Eklezjastesa”. Nie ukrywając, sam tytuł wywołał we mnie pewne negatywne odczucia, lecz zachęcony okładką oraz krótką recenzją zamieszczoną z tyłu książki, postanowiłem zanurzyć się w światach wykreowanych przez Zelaznego. Godzin spędzonych nad tym zbiorem nie uważam za stracone i dziękuję losowi, który sprawił, że dostałem go w swoje ręce. Sam autor okazał się, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdyż wcześniej o nim nie słyszałem, współczesnym pisarzem. Niestety zmarł w 1995 roku mając 58 lat. Podczas swojego życia został wyróżniony nagrodą Nebula właśnie min. za tytułowe opowiadanie.

Przytoczę tutaj jeszcze fragment okładkowej recenzji książki: „Autor, którego wyobraźnia nie ma sobie równych, prowadzi czytelnika od polowania na gigantycznego potwora w oceanach Wenus do elektronicznie nawiedzonej marsjańskiej góry, wewnątrz której spoczywa zahibernowana dziewczyna; od samochodu-zabójcy do efektów manii kolekcjonerskiej. Miłośnikom latających gadów przedstawia natomiast alternatywną wersję stosunków ludzko-smoczych.” Jeśli kiedykolwiek zetknąłeś się z książkami Stephena Kinga – mistrza horroru, nie obcy będzie Ci wątek samochodu-zabójcy. Chodzi mi dokładnie o „Christine” i jej filmową adaptację o tym samym tytule, w której to czerwony luksusowy samochód posiadał coś na kształt własnej osobowości i nie bez powodu pozbawiał życia ludzi. Podobne do „Christine” opowiadanie znajduje się w książce Zelaznego. Tyle tylko, że świat przedstawiony ukazany jest w stylu cyberpunkowym. I tak o to w samochodach przyszłości są np. zamontowane systemy komputerowe symulujące odczucia, rozum, umożliwiające maszynie posiadanie własnego „Ja”. W tym miejscu muszę się powstrzymać przed streszczaniem wszystkich opowiadań, by nie zepsuć niewątpliwej przyjemności z poznawania przygód napisanych ręką Zelaznego. Przytoczyłem powyższy przykład, gdyż chciałem ukazać olbrzymi wachlarz różnorodności opowiadań zawartych w dziele Rogera.
Książkę przeczytałem w 4 dni (390 stron), co oczywiście o niczym nie świadczy, lecz po jej przeczytaniu pozostaje tak wielki niedosyt, że chce się jeszcze i jeszcze… Sam mistrz Andrzej Sapkowski czerpał z niej pomysły np. przy tworzeniu autorskiego systemu „Oko Yrrhedesa”.