Sztuka towarzyszy nam od zarania dziejów, konkretnie już od 550 tys. lat p.n.e., uważana teraz za sztukę prehistoryczną. Nasi prapraprzodkowie paleolityczni i mezolityczni, traktowali ją prawie, że jako bóstwo. Była ona ich przewodnikiem, talizmanem, ochroną i sposobem porozumiewania się miedzy sobą. Co ciekawsze rozwijała się w tym samym kierunku tj. sepulkralnym (grobowym) na rożnych kontynentach niezależnie. Podczas gdy ludzie dochodzili do coraz większej władzy i możliwości technicznych rozwijała ona swoje zasoby w obrębie rzeźby i architektury. Jednakże poprzez starożytny Egipt, Mezopotamię, morze Egejskie (Babilonia), Mykeny, Grecję aż do końca hellenizmu, do Rzymu będzie się ona rozwijała tylko w kierunku sakralnym i architektury pałacowej czy rzeźby dotyczącej bóstw i władców. Może to niewiele, ale spójrzmy co się z nią będzie działo dalej…

Człowiek się rozwija coraz bardziej, poznaje również inne metody poznania świata, niekoniecznie poprzez modły do bóstw. Zresztą o tym już wiedzieli tak słynni filozofowie jak Sokrates przesiadujący na placu handlowym w Atenach, czy wcześniejszy Demokryt. O medycynie i etyce mówi już nam Hipokrates, którego antyczną przysięgę do dziś składają przyszli lekarze. Czy i to można uznać za sztukę, tyle, że myślenia?
Przecież kiedyś nie było powszechnie wiadomym, że deszcz pada ponieważ jest on przyczyną skroplenia się skumulowanej pary wodnej w atmosferze. Kiedyś według filozofów przyrody padał on, bo musiał mieć jakiś cel, więc padał, bo rośliny potrzebowały wody, by rosnąć, a rosły po to, by człowiek i zwierzęta miały co jeść itd. Można by pokusić się o stwierdzenie, że człowiek już samym swoim pojawieniem się zaczął żyć sztuką. To chyba każdy wie, że sztuka by nie istniała bez człowieka tak samo jak śmiech – bo jako jedyni z ssaków posiadamy tą zdolność, oczywiście abstrahuję tu od myślenia czy posiadania kciuka, dzięki któremu wspięliśmy się na sam szczyt drabiny ewolucyjnej. Było to jak objawienie. Dzięki tamu kciukowi wraz z kolejnymi epokami – gotykiem, renesansem czy barokiem aż do pop-artu czy sztuki nowoczesnej, cały czas się rozwijamy. Niby… Tylko czemu ja mam takie dziwne wrażenie, że idziemy na łatwiznę i oddalamy się od sztuki mówiąc, że nie wszystko co piękne musi być sztuką? Zgodzę się, nikt nigdy nie tworzył tylko dlatego żeby „to coś” było piękne, ale też nie tylko dlatego”żeby było”! Co się stało z tym człowiekiem, dla którego sztuka to był dzień powszedni?

Wiem, że poświecenie się nauce wymaga pewnego zastoju czy przystanku, ale dlaczego wraz z rozwojem techniki, globalizacji coraz szerzej pojmowanej, musimy to robić kosztem sztuki? Ktoś może powiedzieć, że jestem jakimś maniakiem sztuki, ale tu nie o to chodzi. Plastykom, malarzom, architektom, rzeźbiarzom wydaje się, że wszystko już było i nie przerosną tak wielkich mistrzów jak dla tych pierwszych i drugich byli: Tycjan czy Rubens, dla trzecich Bernini bądź Moderna, czwarci znowu powiedzą, że Donatello czy Michał Anioł osiągnął szczyt proporcji piękna ludzkiego ciała, a oni wszyscy już nie mają czego szukać w tych stronach, bo byliby marnymi – tylko bądź wspaniałymi naśladowcami, następcami. Po co? Więc, wolą nas szokować swoimi dziełami, twierdząc, że to jest teraz, oni tak czują, przecież to nie średniowiecze i panuje powszechna wolność w wyrażaniu się takimi środkami jakimi zechcą! Prawda, nikt im tego nie broni, ale dlaczego schyłek XX i początek XXI wieku mamy pamiętać jako coś trudnego do określenia i wiele razy po prostu brzydkiego. Nie chce być tu obrazoburczy, ale czy to normalne, że dzisiejsza sztuka jest jak na równi pochyłej?

Profesor z jakiegoś uniwersytetu, przeprowadził kiedyś wykład o liternictwie (też sztuka), powiedział coś bardzo trafnego i odnoszącego się nie tylko do tej dziedziny, mianowicie zadał pytanie retoryczne: „Dlaczego dziś już nie mamy swoich mistrzów, od których można by się bardzo dużo nauczyć, a jeśli nie to chociaż podpatrzyć pewne rzeczy pomocne w przyszłości?”. Czyżby dziś każdy dla siebie był mistrzem? Bo ja się przyznam szczerze, nie ma dla mnie takiego ideału, z którego chciałbym brać przykład. Smutne, sztuka już jest martwa, nie okłamujmy się! Nie? To dlaczego nadal pozostały do podziwiania piramidy, dawne zamki i inne liczne dzieła? Czyżbyśmy już dziś nie potrafili znaleźć dla nich godnych następców? Dzisiejsze dzieła wzbudzają zachwyt swoim ogromem, sposobem wykonania czy fantazją, ale to nie zmusza setek tysięcy ludzi rocznie, by zjeżdżali się w to miejsce zamiast do np. Aten, Delphi, bo my wbrew pozorom wcale się nie różnimy od ludzi sprzed 19 wieków. Nadal poszukujemy piękna i harmonii. Wyjeżdżamy na wieś czy w inne ciche zakątki. Piękne miasteczka takie jak choćby u nas Kazimierz Dolny, pełen zabytkowych kamieniczek i innych wolnych budowli na pewno skupi więcej ludzi na urlopie niż taka Warszawa. A przecież to tam można zobaczyć bardziej odważne architektoniczne rozwiązania… Zróbmy coś godnego na miarę naszych możliwości, przecież dziś strach w sztuce wzbudzałby śmiech. Nie pozwólmy umrzeć sztuce, bo jak tak dalej pójdzie to na tym się skończy. Modna będzie tylko TV cybernetyczna, loty w kosmos, globalna wioska i robotyka na każdym kroku…

Być może już moje prawnuki nie będą pamiętać o tym, że kiedyś sztuka dała początek prawie wszystkiemu, a przynajmniej była ważnym tłem, bez którego nie mogłoby się wydarzyć większość rzeczy na tej ziemi. Może się mylę, przyznam to tym, którzy się ze mną nie zgodzą, ale to jest tylko mój punkt widzenia i nic nie poradzę na to, że tak czarno widzę przyszłość sztuki. Tylko, że jej koniec może też być naszą własną agonią, naszych serc, wrażliwości, wszystkiego tego co drzemie w człowieku całe życie – jego własnej sztuki patrzenia na świat…
I oby się mylił ten kto powiedział, że epoki w sztuce można przypasować do życia ludzkiego. Niewinnego jej raczkowania w prehistorii, powolnego wstawania na nogi w średniowieczu, rozwoju w renesansie, rozkwitu w baroku i powolnego pochylania się ku rzeczom o wiele prostszym i innowatorskim w XX wieku, aż do upadku i w końcu naturalnej śmierci w XXI wieku…